Po drugiej stronie

Jesteś tu: » Strona startowa » Prace naszych uczniów » Po drugiej stronie

 

„Po drugiej stronie”


    Siedziałam przy oknie, wsłuchując się w grzmoty i huki wiosennej burzy. Od pewnego czasu to zjawisko było dla mnie czymś niezwykłym, magicznym, czymś nie z tej ziemi...Już niedługo, wrócę do nich! Ale po kolei: Mam na imię Sylwia. Mam trzynaście lat i jak każdy- swoje problemy i tajemnice. Ostatnio przydarzyła mi się dziwna historia, która
odmieniła moje życie. Nadal nie mogę uwierzyć, że coś takiego mogło się
zdarzyć, a jednak to prawda. Zaczęło się tak....

    Trzymając w ręku popcorn i puszkę coli, zapatrzona w decydujący mecz mojej ulubionej drużyny futbolowej, głośno dając do zrozumienia zawodnikom „Co ja im , jeśli nie dostaną się do półfinału!” W chwili, gdy Owen miał strzelić gola (chyba, żeeby mu się to nie udało), ku mojej wielkiej rozpaczy zgasło światło.
-Nieeeeeeeee!!!!!!!! Nieeee!!!! Dlaczego w tej chwili?!!!- lamentowałam głośno. Podeszłam do wtyczki, w której strzeliło światło i poczułam, że coś mnie wciąga do dwóch małych i czarnych otworów. Wokół mnie wszystko zaczęło wirować. Poczułam, że mieszanka coli i popcornu, daje się we znaki. Leciałam z szybkością strzały.

-Ale dlaczego w górę?!- spytałam sama siebie i z przerażeniem stwierdziłam, że MÓJ głos NIE NALEŻY do mnie. Zamiast lekko ochrypłego, godnego śpiewaczki `hard metal` głosu,
usłyszałam inny: przeciągający sylaby, zupełnie jak u robota! Przestraszona nie na żarty, upadłam na coś dziwnego. Leżałam tak przez chwilę. Nie otwierając oczu, przejechałam ręką wzdłuż dziwnej powierzchni; przypominała trochę gumę. Zaryzykowałam i otworzyłam oczy,
natychmiast tego żałując. Z krzykiem zaczęłam biec w bliżej nieokreślone miejsce. Co ja mówię?! Biec? Ja leciałam! Moje ręce, jeśli jeszcze mogę nazwać tak te dwie sprężyny, które wystawały z prostokątnego "tułowia", były pokryte srebrnym i błyszczącym lakierem. Palce, zastępowało pięć ostro zakończonych szponów. Moje nogi to dwie duże sprężyny. Na szczęście nie zniknęła garderoba. Stałam na odłamku jakby meteorytu i z radością stwierdziłam, że mogę na tym cudownym 'sprzęcie' latać. Podniosłam stalowe szpony i przeczesałam nimi włosy. Zamiast bujnych loków, wyczułam fale, które opadały mi na prawe ramię. Czarne- cudownie, o takich marzyłam! Lecz pod moimi szponami, wyraźnie coś się ruszało, wiło i skręcało. Przebłysk twarzy robota, przemknął w moim 'latającym
dysku'. Ku mojej uldze, twarz miałam taką samą jak w moim świecie, tylko
miała ona lekki odcień metalicznego błękitu. Duże, zielone jak trawa na
wiosnę oczy spoglądały na mnie przestraszone i zdziwione. A to, co
skręcało się na mojej głowie, to po prostu dwie antenki. To były moje
zmysły! Powoli dochodząc do siebie, rozejrzałam się wokół. Zorientowałam
się, że zamiast szafirowego nieba nade mną rozpościera się otwarta
przestrzeń kosmiczna! Lśniące gwiazdy otaczały mnie z każdej strony. Nie
wierzyłam, że to dzieje się naprawdę. Mogłabym tak podziwiać ten raj bez
końca, gdyby nie gwałtowny ból w lewej kończynie. Podniosłam ją przed
nos i stwierdziłam ze zdziwieniem, że przechodzi przez nią żywy prąd!
- Coś niezwykłego...- mruknęłam do siebie.- Karmazynowy? Postanowiłam rozejrzeć się po tym pustkowiu w nadziei, że nie jestem tutaj jedynym dziwolągiem.
Biegnąc na moich sprężynowatych nogach, zupełnie bez celu, wpadłam na coś dziwnego. Coś, co przy zetknięciu z moją powierzchnią, zaczęło wydawać przedziwnie niepokojące odgłosy. Jeszcze raz przyjrzałam się mojej ręce i porównałam dwa zjawiska elektryczne. Były takie same. Tyle że to, na co wpadłam, było czymś w rodzaju bramy.
- Och, widzę że mamy tutaj nową? Nie boisz się sama? - rozległ się za mną przyjemny dla ucha baryton.

Momentalnie się obróciłam i moim oczom ukazał się oszałamiająco cudowny mężczyzna. Jego umięśnione ciało było z pewnością marzeniem każdego z siłaczy i zapaśników. Urodziwa twarz godna była modela z okładki jakiegoś czasopisma. W kącikach ust czaił się lekki uśmiech. Można by uznać go za chodzący ideał, gdyby nie szkarłatne oczy, na które opadała szmaragdowa grzywka. Ramiona miał pokryte dziwnymi kolcami. Ręce, podobnie jak ja - miał zakończone ostrymi jak brzytwa szponami. Od pasa w dół okryty był czymś w rodzaju metalowej zbroi, nabijanej ćwiekami. Całe jego ciało nieziemsko się jarzyło żółtawym blaskiem.

- Tak, istotnie jestem nowa. Mogę wiedzieć gdzie się znajduję?- wydukałam
swoim roboczym slangiem.

W oczach nieznajomego dostrzegłam tylko dziwny, złowrogi błysk lecz z tym samym według mnie, wymuszonym uśmiechem odpowiedział:

- Witam na planecie Orbis. Jestem Dolor. - spojrzał na mnie.

- Hmm.. Dziwne imię...- odpowiedziałam - Jestem Sylwia. Co tu jest grane?
Możliwe, że to moje urojenia, ale zdawało mi się, że Dolor patrzy na moją
naelektryzowaną rękę tak, jakby była czymś smacznym.

- Teraz jesteś w innym świecie. W naszym świecie...- zaczął ale nie
dokończył, bo z 'bramy' wyskoczyły trzy dziwne istoty, bardzo podobne do
mnie.

- Hej! Ona jest nasza! Wynoś się! - jeden z robotów siłą swoich szponiastych rąk i mocą, która biła również z jego lewej dłoni, cisnął Dolorem przez całą długość planety. Wbiłam wzrok w pozostałą dwójkę, która patrzyła na mnie przyjaźnie.
- Chodźcie stąd. Ty też pójdziesz z nami.- twarz mojego obrońcy rozjaśnił urzekający uśmiech. I po chwili weszliśmy do 'bramy', która okazała się portalem. Zmaterializowaliśmy się w bajecznej wiosce - jeśli tak można to urocze miejsce nazwać. Spojrzałam na nieznajomych. Wszyscy mieli taką samą jak ja budowę roboczego ciała. U wszystkich, na lewej ręce jarzył się prąd, każdy innego koloru. Rozpoznałam, że jeden z robotów, to dziewczyna. Proste, blond włosy miała związane w długi warkocz, a niebieskie oczy pełne radości patrzyły na mnie pytająco. Jej twarz była okrągła i miała złoty odcień. Moc wokół ręki jarzyła się lazurowym płomieniem. Obok niej stał chłopak. Miał karminowe włosy, sterczące na wszystkie strony. Żółte oczy, obserwowały mnie z zainteresowaniem. Był niższy od pozostałej dwójki, a ognik wokół jego ręki mienił się na biało. Lecz najbardziej zainteresował mnie ostatni z robo-chłopców. Wysoki, o kruczoczarnych włosach, opadających na ramiona i dużych, brązowych oczach otoczonymi wachlarzem długich, ciemnych rzęs patrzył na mnie bystro, szczerząc zęby w rozbrajającym uśmiechu, któremu uroku dodawały dwa śliczne dołeczki. Był zniewalająco piękny. Naturalnie, szpon zakończony miał rubinowym prądem - takim samym jak ja. Po chwili głuchej ciszy, on odezwał się pierwszy:

- Cześć, widzę ,że jesteś tu nowa. Jestem Kodim. To jest Hope - wskazał podbródkiem na blondynkę.- A to Don.- popatrzył na 'wyrostka'.- A ty jak się nazywasz? - wszyscy popatrzyli na mnie.

- Jestem Sylwia. Co tu się dzieje? Gdzie jestem? - byłam oszołomiona.
- To świat robotów. To planeta Orbis.- odezwał się młodzik - Teraz jesteś jedną z nas. Masz szczęście, że Kod odgonił tego wstręciucha, bo mogło być z tobą naprawdę krucho.
- Dlaczego? Kto to był? - miałam tyle pytań, że nie wiedziałam, od którego
zacząć.

- Może... przejdźmy się, wszystko ci opowiemy- zaproponowała Hope i już po chwili szliśmy w dół ścieżki. Wszystko tu było takie magiczne.

- Orbis dzieli się na dwa światy. Ten, to nasze miejsce, a tamto pustkowie po którym błądziłaś, to teren Humanoidów. - zaczęła dziewczyna - My, Roboty mamy swojego władcę, wielkiego Salusa. Tamci, są na rozkazy Malusa. A wszystko to, przez jeden kamień... .
- Kamień? - spytałam z zainteresowaniem.

- Przed wiekami, królem naszej planety, był potężny Orbis. To w jego posiadaniu, był owy kamień - Amniculus. To naprawdę niebezpieczna broń, szczególnie, jeśli trafi w złe ręce. Można nim wysysać duszę innych. - tu wskazała na swój lazurowy płomień i wtedy zrozumiałam, że to nie tylko broń, ale moja dusza! Teraz głos zabrał Kodim - Niestety, Zło Wcielone wstąpiło na świat Robotów. Pradziad Malusa, Davy zapragnął mieć kamień. Chciał zapanować nad Robotami. I po części mu się to udało. Wessał ich dusze do samego siebie. Zdobył ich inteligencję, myśli i umiejętności a oni byli tylko widmami. Pustymi i poddającymi się jego rozkazom. Z powłoki robota, stali się na powrót ludźmi. Ale tylko po części, bo posiadają moce. Straszne moce. Wyglądają niegroźnie, ale mogą się przemienić kiedy tylko zechcą w okrutne i bezlitosne bestie. Potężny Orbis odebrał kamień i zesłał Davy'ego w podziemia, tym samym oddając własne życie za Roboty. Kamień znowu jestnasz, lecz Humanoidy żyją tam, po drugiej stronie. Mogą nadal zabrać nam duszę i wtedy staną się silniejsi ale nie zdobędą naszych umiejętności i myśli, bo to można osiągnąć tylko z Amniculusem. Oddzieliliśmy portalem nasze tereny, lecz czuć, że wojna wisi w powietrzu. - zakończył Kodim. Wysłuchałam tego wszystkiego z zapartym tchem. Świetnie, przyszłam prosto na wojnę.

-               Chodź, poznasz naszą przyjaciółkę Emily i wielkiego Salusa.
***

    Mijały dni, tygodnie, miesiące... a ja wciąż nie miałam dość bycia Robotem, wręcz przeciwnie - chciałam zostać na Orbisie na zawsze! Jak się dowiedziałam, Kodim to syn samego Salusa - bardzo dowcipnego człowieka, z dobrodusznym uśmiechem na twarzy. A Emily, to naprawdę równa dziewczyna. Potrafi nawet przepowiedzieć przyszłość. Cała moja czwórka przyjaciół, nauczyła mnie życia Robo-Dziewczyny. Jak użyć swojej mocy tak, aby nie porazić kogoś prądem własnej duszy i jak 'schować' swoje pazury. Otrzymałam też wieści, że każdy Robot dostaje od Salusa własne miano. To coś w rodzaju chrztu, zostaje się wtedy przyjętym do świata Robotów. Nadano mi imię Bia, co oznacza moc i siłę, gdyż na ćwiczeniach i szkoleniu, uszkodziłam komuś nie jedną kończynę - rzecz jasna
przypadkowo. I stało się. Zdobyli kamień. Okazało się, że jeden z Humanoidów, stoi po naszej stronie. Billy osobiście poinformował Salusa o tym, że Malus chce stoczyć z nimi walkę na śmierć i życie."Musimy zjednoczyć swoje siły! Wszyscy wiemy, jakimi mocami teraz dysponuje Malus! Przygotujcie się dobrze. O świcie, wyruszamy na drugą stronę!" I po tych słowach wystrzelił ku górze wielką, szkarłatną błyskawicę ze swojej lewej ręki. Ścisnęłam mocniej dłoń Kodima.

- A co będzie, jeśli któreś z nas...-głos uwiązł mi w gardle.

- Nic nikomu się nie stanie. Obiecuję ci.- zbliżył swoją twarz do mojej twarzy. Nagle drzwi od mojego pokoju wypadły z hukiem i przeleciały przez całą długość pomieszczenia.

- I co gotowi do walki? Zmiażdżymy ich na proch!- Don był taki podekscytowany, że żadna siła nie była go w stanie powstrzymać od popisów sztuk walki.

- Hiiija!! A masz! - krzyczał, rozwalając w drzazgi moje krzesło.
- Ej, młody, puka się jak się wchodzi!- warknął Kod na rozbrykanego gołowąsa.
- I dlaczego zawsze wyżywasz się na moich krzesłach?- uniosłam brew i spiorunowałam Dona wzrokiem. Chłopak spadł z sufitu na podłogę i z miną zbitego psa, raczył naprawić mi drzwi.
- No dobrze już, dobrze. To idę do Hope.- Jego twarz na powrót rozjaśnił uśmiech i poleciał na swoim dysku do naszej przyjaciółki. Mój przyjaciel popatrzył najpierw na swoją, jarzącą się rękę, a potem niespodziewanie przyłożył ją do mojej energii. Stało się coś, czego nigdy nie widziałam na oczy: Dwie dusze złączyły się w jedność i koralowe iskierki wyleciały w powietrze. Potem wokół nas, zaczęło śmigać mnóstwo pąsowych ogników; po kilku minutach, nasze dusze były na swoich miejscach, ale świeciły znacznie mocniej.

- Co się stało?- spytałam zaskoczona.

- To się nazywa congregatio-zjednoczenie. Teraz jesteś moja.- powiedział Kodim z największym spokojem. Ja w przeciwieństwie do niego, byłam w lekkim szoku.

- Czy...czy to znaczy, że coś nas...związało? Należymy do siebie? - spytałam.

- Dokładnie tak.- uśmiechnął się.- Teraz mamy też większe szanse w bitwie. Ale idź już spać, trzeba być na jutro wypoczętym.- pocałował mnie w policzek, a ja zapadłam w głęboki sen, pełen szkarłatnych oczu, szyderczych i czarcich głosów; czułam jak cichy baryton wślizguje się do mojej głowy, penetrując myśli i szepcąc jadowicie. "Nadszedł wasz koniec. Nie uda wam się, jesteście za słabi...". Obudziłam się z krzykiem pełnym rozpaczy. Nie mogąc zasnąć, usiadłam na moim latającym dysku i snułam się bez celu. Nagle usłyszałam dzwon. Nie było to radosne bicie, takie jak zawsze. Teraz głośny gong, zwiastował wojnę, przepełniony był bólem i czymś, co sprawiało, że serce robota ściskało się w piersi.

- Już czas.- usłyszałam znajomy głos, kochany głos, który wybudziłby mnie z najgłębszego snu. Okręciłam się i stanęłam przed Kodimem. Wyglądał na wyluzowanego, czego nie można było powiedzieć o mnie. Zanim jednak odlecieliśmy w stronę portalu, przypomniało mi się coś.
- Jak myślisz, dlaczego ten cały Billy miałby nam pomóc? Czy twój ojciec na pewno wie co robi, ufając jednemu z nich?- zerknęłam na niego.

- Och, Billy miał już dość bycia tym potworem. No i tato poznał to po jego oczach. Oni wszyscy mają takie krwiste tęczówki, zauważyłaś? Jego były koloru płynnego złota; widać po nich, że nie jest taki jak inni.- uśmiechnął się chłopak. Po czym dodał - O wilku mowa!- i spojrzał gdzieś w dal, za moje ramię. Natychmiast odwróciłam głowę i moim oczom ukazał się Billy. Budowa jego ciała niczym nie różniła się od Dolora. Tylko fiołkowe włosy, opadały w lokami na czoło, a bystre, złote oczy spoglądały na nas z radosnym blaskiem. Nie wiem dlaczego, ale od razu uwierzyłam, że Billy jest dobry.

Przemówił:
- No, dzieciaki komu w drogę temu czas! Nie możemy stracić ani sekundy!- I cała nasza trójka ruszyła w stronę portalu.

***

Wszędzie wokół mnie panował chaos. Słychać było tylko donośne huki i
okrzyki bólu.

- O, kogo my tu mamy! - usłyszałam znajomy, nieprzyjemny baryton.  Wiedziałam, że znowu muszę użyć mojej siły. Nie przynosiło mi radości zabijanie, nawet jeśli chodziło o wstrętne Humanoidy.

- Znasz ją? - odpowiedział ktoś inny. No świetnie, było ich dwóch.
- Och Mort, przyjacielu... jeszcze zanim stała się jedną z nich, miałem ją prawie w swoich sidłach.- rzekł zjadliwie Dolor. Poczułam okropne szczypanie w lewej ręce i zorientowałam się, że słabnę. Ten o imieniu Mort zabierał moją duszę! Zamachnęłam się szponiastą ręką i sprawiłam, że oboje padli przede mną. Treningi jednak opłaciły się. Dolor uciekł a ja dobiłam Morta. Biegnąc ile sił w nogach, chcąc dogonić uciekiniera, stanęłam nagle jak wryta. To wszystko zdarzyło się w ułamku sekundy:

- ZDRAJCA!!!- wykrzyknął Król Zła, Malus. Oto przede mną padł martwy Billy. Poczułam, że słabnę. Upadłam, a w oczach ujrzałam całą Mleczną Drogę. Zdążyłam tylko dostrzec, jak Malus wsysa do siebie moją duszę - miał kamień. Lecz nagle pojawiła się iskierka nadziei - jakiś zamazany kształt powalił Zło na kolana. Malus jednak zamachnął się i dziwny kształt padł przed nim, a ja tylko krzyknęłam ostatkiem sił:

- Kodim!!- Nic więcej nie pamiętam. Odpłynęłam.

- Bia! Bia! Obudź się! Proszę, obudź się!- słyszałam z oddali błagania. Otworzyłam ciężkie powieki. Nade mną stali Kodim, Don i Hope. Spróbowałam się uśmiechnąć, ale nie wyszło mi to. Cała trójka zaśmiała się tylko.

- Co? Gdzie ja jestem? Gdzie jest Emily? Czy Malus nie żyje?- zasypywałam ich pytaniami, bo przypomniał mi się wczorajszy dzień.

- Jesteś u siebie w pokoju- uśmiechnął się Don i zerknął niepewnie na
resztę - A Emily....ee.. - zająknął się.

- Zabrali jej duszę.- wykrztusiła w końcu Hope.- Salusowi udało się zesłać Malusa i jego Humanoidy do podziemi na wieki. Tylko...Tak samo jak potężny Orbis musiał oddać za to swoje życie.- dodała po chwili. Zaniemówiłam. To straszne, stracić duszę. Gorsze od śmierci! Po głuchej ciszy, wyjąkałam:

- Zabili Billy'ego, widziałam to. Co teraz z nami będzie?- w moim głosie
wyraźnie było słychać rozpacz. Cała trójka uśmiechnęła się lekko i
popatrzyła na mnie.

- Teraz ty jesteś królową. A ja królem.- odpowiedział Kodim- Nas połączyła więź, a ja jestem synem Salusa. - wyszczerzył się. Opadłam na poduszki, nie wierząc w ani jedno słowo. W głowie huczało mi od natłoku myśli i wyobrażeń. Zasnęłam.

***
Orbis na nowo stał się rajem. Razem z Kodimem wyrzuciliśmy ten przeklęty kamień w przestrzeń kosmiczną. Nie chcemy tu już żadnych wojen. Najpierw, wydobyliśmy z niego całą energię - była potrzebna na naszej planecie. Co prawda, nie udało nam się wskrzesić poległych Robotów, ale każdy mieszkaniec Orbisu dostał po kawałku jarzącego się światła. Pewnego dnia spytałam moich przyjaciół:

- Czy można wrócić z powrotem do postaci ludzkiej i zejść na Ziemię?- wszyscy popatrzyli na mnie dziwnie.

- Można. Musisz iść do tego miejsca, w którym się tu pojawiłaś pierwszy
raz. Ale po co ci to wiedzieć? - Kodim był wyraźnie przestraszony.

- Hmm...dobrze się czuję jako robot ale... ja jestem człowiekiem. Po co ukrywać to, kim się naprawdę jest? Możecie wrócić ze mną. - stanęłam na dysku, gotowa do wyruszenia w stronę portalu. Spojrzałam na nich jeszcze raz i wszyscy ruszyliśmy na drugą stronę. Dotarliśmy do miejsca, w którym po raz pierwszy odkryłam, kim się stałam.

- Ty leć. My musimy zostać.- odpowiedział ze smutkiem Don i wpadł w moje objęcia. Dziwne, jak bardzo można się przywiązać do takiego małego wyrostka.
- Będziemy tęsknić.- powiedziała Hope i naśladowała Dona, któremu łzy spływały po policzkach. Ta dwójka oddaliła się. Zostałam z Kodimem.

- Może jeszcze wpadniesz do nas? Albo my do ciebie?- spytał.

- Na pewno! Jeszcze się spotkamy.- odpowiedziałam i wtuliłam się w mojego Boga Robotów. - Więc do zobaczenia - dodałam i poczułam ciepło jego warg.

***

Wystrzeliłam z wtyczki na mój fotel. Nie mogłam w to wszystko uwierzyć! Uszczypnęłam się kilka razy i stwierdziłam, że to wszystko było prawdziwe! Spojrzałam na zegarek i na działający już telewizor, po chwili zaczęłam skakać z radości, wrzeszcząc w niebo głosy:
-TAAAK!!!
TAAK!! GOOOL!!!OWEN!! JESTEŚ NAJLEPSZY!!! Dostali się do półfinału. To po prostu niezrozumiałe, jak zwykły prąd może czynić wielkie rzeczy. Pokręciłam głową i mruknęłam pod nosem:

- Roboty...

Krople deszczu obijają się głośno o szyby. Stukam w klawisze maszyny do pisania. Teraz chcę poznać waszą tajemnicę; ale wysłucham jej po meczu. No nie! Znowu zgasło światło... .

Sylwia Myslińska, kl. VI

Opracowanie: szkolnastrona.pl